— Moja Luciu, nie sądź wszystkich miarą swych pieniędzy i sfery.
— Jak to?... Więc ja nie byłabym dla niego świetną partią?
— Byłabyś bez wątpienia, ale właśnie ta świetna partia stałaby się jego nieszczęściem, gniotłaby go, dusiła. Ty, wychowana w zbytkach, nie chciałabyś samego dobrobytu, on nie miałby za co otoczyć cię przepychem, używałby na to twych pieniędzy, co miłe nie jest; zresztą i one nie wystarczyłyby na zaspokojenie twych wymagań.
— Ależ moja sfera, parantela179 — czy to nic nie znaczy, nie wystarcza?
— Nie wiem, mnie by to nie wystarczyło! Ale to zależy od osobistych poglądów. Może Prątnicki byłby zadowolony...
— Na pewno więcej ode mnie!
— A gdybyś go prawdziwie kochała?
— To nic nie znaczy. Ja miałabym tylko miłość, on wszystko. On zawsze wygrałby, ja bym przegrała.
Stefcia zawołała z żalem:
— Ach, Luciu! Przypomnij sobie, coś mówiła przed miesiącem: że jedynym twym pragnieniem zostać żoną Edmunda. Wiem, że to było dzieciństwo, że on niewart prawdziwego uczucia, bo sam go nie posiada, ale jakże różne są twe zapatrywania w tak krótkim czasie. A gdyby on miał wszelkie zalety, zasługiwał na szacunek i miłość twoją, czy i wówczas on by wygrywał? Powiedz!