— Pozwoli pan, nasze wyżyny, jak pan się wyraził, to rzecz bardzo względna i wymagająca szerszego omówienia — przerwał Waldemar.

Hrabia skrzywił się, przybierając postawę pełną godności.

— W ustach pana trochę fałszywie brzmią jego słowa — to nuta nieodpowiednia dla potomka jednego z pierwszych rodów naszej arystokracji.

— Nie jestem, panie hrabio, fanatykiem sferowym. Cenię swój ród, lecz nie kłaniam mu się bałwochwalczo. Stygmat wyższości widzę w czynach, nie w herbie, bo taki sam noszą inne rody w kraju.

— Ale masz pan nad nim mitrę, czego ci inni nie mają.

Waldemar roześmiał się przykrym, szyderczym śmiechem.

— Ach!... Więc to?... U mnie mitra, u hrabiego dziewięć pałek?... To stanowi owe wyżyny? Aa, jeżeli tak, to panna Rudecka istotnie do nas nie dosięga, ale razem z Szeligami, Żninem i wszystkimi, którzy są uważani za naszych, są wśród nas, a jednak mają tylko pięć pałek w koronie.

Hrabia spojrzał ciekawie, lecz z gniewem na ordynata.

— Nie pojmuję pańskiego oburzenia!

— Daruje hrabia, ale ja nie pojmuję całej naszej rozmowy.