Uśmiech mignął na ustach księżnej. Pani Dobrzyńska mówiła dalej:
— Jest tam kilka zgrzybiałych staruszek i starców, z rodzin robotników fabrycznych i strażaków. Ci sobie drą pierze albo drzemią pod piecem. Pan ordynat nazywa ten oddział „pałacem inwalidów”.
Księżna znowu spojrzała na portret Waldemara.
— Kochany, dobry chłopiec! — szepnęła z uczuciem.
— Ale czy księżna pani uważa, że ordynatowi coś jest? Chyba nie chory, a jednakowoż nieswój. Ordynat już powinien żenić się, szkoda marnować takie piękne lata.
Księżna nic nie odpowiedziała, tylko westchnęła cicho.
Ale gadulska pani Dobrzyńska ciągnęła dalej prędkim głosem:
— Już to widać, że ordynatowi niełatwo się kto podoba, i nasza panna Margeryta jakoś mu nie do gustu. A szkoda! Dobra panienka i dzielna. A z hrabianką Barską już się skończyło, proszę księżnej pani? Bo to wszyscy mówili, że ordynat się z nią ożeni.
— Nie, moja Dobrzysiu, nic z tego nie będzie. Masz słuszność, mój wnuk niełatwo znajdzie żonę.
— Szkoda! Szkoda!