Znowu pukanie do drzwi. Wszedł lokaj, oznajmiając krótko:
— Pan ordynat.
Rita stanęła jak słup wyprostowana.
Waldemar wszedł prędko, swobodnie powitał babkę i pannę Ritę, nie spostrzegając jej martwoty. Ona chwilę stała nieruchomo i wyszła z pokoju.
Wówczas Waldemar usiadł blisko księżnej na fotelu i z pieszczotą wziął jej rękę. Miał w oczach wyraz serdeczny, trochę filuterny.
— Dobrze, że cię widzę, mój chłopcze — rzekła księżna, uśmiechając się do niego. — W ostatnich czasach nieczęsto bywałeś u mnie, zapomniałeś o starej babce.
— Niechże Bóg broni! Ale babcia rada, żem przyjechał? Więc kocha mnie... czy tak?...
— Czyżby mogło być inaczej? Mam cię jednego tylko, i wnuka, i syna razem, bo Franio... ach, Boże!...
Staruszka machnęła ręką zniechęconym gestem.
— Gdyby Franio był choć trochę do ciebie podobny!