— Choćby dlatego.

— Ależ babciu, mogę ci pokazać herbarz, gdzie nazwisko Rudeckich umieszczono bardzo wyraźnie. Jest to rodzina stara, ozdobiona dobrym herbem szlacheckim. Nie jest to ród gorszy od Żninów, Szeligów ani Ćwileckich, razem z ich nabytym tytułem.

— Wśród tych, których wyliczasz, nie szukałam dla ciebie żony.

Ordynat wstał.

— Więc miałem się żenić z panującą księżniczką czy z królewną z tysiąca i jednej nocy?

Księżna błysnęła oczyma.

— Chciałam dla ciebie księżniczki Lignickiej — odmówiłeś. Chciałam hrabianki Prawdzicówny — znakomity ród i po Lignickiej pierwsza partia w kraju — także nie. Już pomijam księżniczki zagraniczne i panny ze sfer dworskich, gdzie miałeś wielkie szanse. W ostateczności zgodziłam się na Barską, która ma świetną parantelę — i ta nie!

Machnęła ręką zniechęcona.

— Moja babciu! Czy Michorowski ma się koniecznie oglądać na parantelę?... Czy ten szczegół ma być nieodzowny w wyborze żony?... My już mamy dosyć świetnych nazwisk. Na partie oglądali się moi dziadowie i pradziadowie, niechże mi będzie nareszcie dozwolone pominąć ten szanowny tradycyjny punkt i zostać szczęśliwym. Dotychczas nasze kroniki rodzinne mówią wiele o szumnych partiach, ale o szczęściu milczą zagadkowo. Ja chcę rozświetlić ten jedyny cień na ich szpaltach.

— Przesadzasz, Waldemarze! Twoi przodkowie żenili się stosownie i bywali szczęśliwi.