Waldemar łagodnie wziął jej rękę.

— Babciu, błagam, uspokój się! Pomyśl o tym poważnie, a jestem pewny, że wszystko inaczej odczujesz.

— Nigdy! Nigdy!...

Ordynat zacisnął zęby, krew rozszalała się w jego żyłach. Ale potężną wolą stłumił wybuch, tylko po twarzy latały mu ognie.

— Babciu, zgodzisz się, bo ja nie ustąpię za nic! Znasz mnie, niełatwo daję się zginać. Nawet twoja ręka nie może mieć wpływu tam, gdzie jest miłość i silna wola. Nie chciałbym z tobą walki i dlatego proszę: uspokój się. Po namyśle zrozumiesz, że upierać się nie ma zasady. Sama pokochasz Stefcię i pobłogosławisz nam.

Księżna wyrwała mu rękę.

— Nie licz na to nigdy. Już chociaż to ode mnie zależy! Ja wam nie pobłogosławię!

Waldemar, blady, straszny, przeciągnął ręką po czole, na którym wystąpiła lekka rosa potu. W oczach już nie miał ogni, ale zimny, przerażający chłód. Rzekł z okropną siłą w głosie, jakby wydawał wyrok śmierci:

— Więc ja... wbrew twej groźbie zaślubię Stefcię.

Księżna patrzała na wnuka przerażona, załamała ręce i prędko wyszła z pokoju.