— Boże, co to będzie, jeśli go już nie zastaną!

— To niemożebne, bo i tu, i tam pociągi odchodzą późno w nocy. Ja myślę, że skoro wyjechał przed wieczorem, to znaczy, że do Słodkowic, czyli że stamtąd do Rudowy. Ale co mu się stało, że tak pospieszył?

— Pospieszył! Czekał przecież dwa miesiące. Nie dziwię się wcale wzruszeniu cioci. To dla niej straszne! Odtrącała go stale, a teraz pojechał bez jej błogosławieństwa.

— I powróci po ślubie, bo u niego idzie prędko — dodał Trestka.

— Och, tego boję się najwięcej. Stefcia bez błogosławieństwa księżnej nie zgodzi się na ślub, a ordynat jest rozdrażniony.

— Przecież jej nie wykradnie, minęły owe czasy.

— Ale doprowadzony do ostateczności może zrobić coś takiego, co księżnę zabije. Jezus Maria, on jest niebezpieczny w gniewie!

— Tak, ale umie przy tym bajecznie zaciskać zęby. Nosi w sobie lwa i pęta na niego. Będzie się szarpał, lecz potrafi się skuć jednocześnie. To olbrzymia siła!

— Pan go jednak dobrze zna. Pocieszam się tym, że on księżnę bardzo kocha. Ale znowu miłość dla Stefci może go w razie dłuższego oporu babki uczynić szaleńcem.

Panna Rita zaczęła się cicho modlić.