Lęk wpełznął do pałacu i nurtował w sercach nawet służby. Ordynat był w myśli wszystkich, jakiś straszny, przejmujący grozą.

Zegar wydzwonił godzinę drugą po północy, kiedy panna Szeliżanka dojrzała wśród zawiei czarne kontury sanek, sunące prędko do podjazdu. Leciutko zabrzęczały janczary i sanki stanęły.

— Przyjechał! — krzyknęła Rita.

Jak strzała zbiegła ze schodów. Za nią podążał Trestka.

W sieni Waldemar zdejmował z pomocą kamerdynera zaśnieżone bobry. Przywitali się w milczeniu.

— Co tu się stało? — spytał. — Wszyscyście wystraszeni, macie miny grobowe. Mówił mi posłaniec, że babcia zdrowa.

— Pragnęła pana widzieć koniecznie. Jest mocno zdenerwowana i osłabiona — odrzekła panna Rita.

— Ogromnie pan długo nie przyjeżdżał — dodał Trestka.

— Długo! Pan chyba żartuje! Jadę z Rudowy. Posłaniec wyrwał mnie już z wagonu. Spieszyłem, jak mogłem, ale w taką zamieć niepodobieństwo. Piekielny czas!

— Pójdę, zawiadomię ciocię o pańskim przyjeździe — odezwała się panna Rita.