— Idę z panią.

Księżna siedziała w swej sypialni w fotelu, niedaleko łóżka. Miała na sobie biały flanelowy szlafrok, ozdobiony ciężkimi koronkami. W tym stroju, z bladą twarzą i gorejącymi oczyma, w białej koronce na siwiejących włosach, była piękna w swej starości, jak z portretu. Wspaniałe, ciemne obicie sypialni, poważne złocenia inkrustacji sufitu, ciężkie adamaszkowe kotary hebanowego łoża — wszystko to w księżycowym blasku ampli47 przybierało poważne tony, układające się w pyszne tło dla tej stylowej postaci. Obok księżnej stał rzeźbiony klęcznik, na którym leżała otwarta Biblia.

Panna Rita weszła, pochyliła się lekko i szepnęła:

— Ciociu... przyjechał ordynat... Czy ma wejść?

Ognie uderzyły na bladą twarz księżnej.

— Przyjechał?... Już przyjechał?

Rozejrzała się w pokoju i z westchnieniem cofnęła się w głąb fotela.

— Gdzie jest Waldemar?

— Czeka obok, w saloniku.

Nagły płomień silnego postanowienia błysnął w oczach księżnej.