— Proś go, niech wejdzie — rzekła głośno.

Panna Rita w saloniku chwyciła Waldemara za rękę.

— Niech pan idzie, ale... proszę ją oszczędzać. Jest silnie zdenerwowana i słaba.

— Niech pani będzie spokojna.

Wszedł do sypialni i serdecznie ucałował obie ręce księżnej.

Patrzała mu w oczy z niemym pytaniem, sztywna, poważna. Czarne źrenice wpijała, zda się, w głąb duszy wnuka, jakby chcąc w niej odkryć wszystko, co tam utajone. Białą dłonią, na której świecił szmaragd niby zielona gwiazda, ściskała rękę Waldemara.

On usiadł obok, uśmiechnął się z przymusem i spytał:

— Dlaczego, babciu, tak na mnie patrzysz?

— Chcę dojrzeć w tobie zmianę — wyszeptała księżna.

— Zmianę we mnie?... Doprawdy?...