— Dozna wrażenia, jakby mu teatr leciał na głowę. Une belle chance!71 — dorzucił Trestka.

— Dajcie mu państwo spokój — rzekła Stefcia.

Panna Rita mówiła, gryząc w zębach paproć z bukietu:

— Zdetonuje się72 biedak na widok byłego szefa, z którym mu się notabene bajecznie nie udało.

Waldemar wzruszył ramionami.

— Panna Stefania ma słuszność. Zostawcie go własnym jego wrażeniom. Miłe nie będą z pewnością.

Lornetka Prątnickiego, zsuwając się z amfiteatru, zatrzymała się na loży ordynata.

Strojny młodzieniec zadrżał, lornetkę odjął od oczu, spojrzał, nie wierząc samemu sobie, i poczerwieniał jakby po wymierzonym policzku.

Stefcia! Wyraźnie Stefcia! W otoczeniu arystokracji, którą znał, a za nią sam ordynat!

Teraz dopiero Prątnicki zauważył, że wiele osób patrzy na lożę, usłyszał szepty. Odruchowo sam zapytał swego sąsiada, jakiegoś młodego jegomościa: