— Uciekajmy! — zawołał przestraszony. — Puszczono rajk, zgniotą nas! Sapristi! Że też służba nie ma na tyle rozumu. Wybrali się w porę! Uciekajmy!

— To trudno, panie — rzekł Waldemar ze śmiechem — oni mają te same prawa do świeżego powietrza, co i my. Przez dach nie powychodzą, a dla naszej miłości nie będą czekali w pustym teatrze, boby ich woźni poprzykrywali płótnami. I tak może nieraz oberwą końcem brudnej zasłony; woźni nie pytają, są nazbyt gorliwi — szydził Waldemar.

— A tymczasem nas roztratują — narzekał Trestka.

— Bądź pan spokojny, już jesteśmy na dole.

W korytarzu przy kasie stał Prątnicki, oparty o barierkę. Na widok ordynata i Stefci odwrócił się. Stefcia nie widziała go, ordynat udał, że nie widzi.

Pod filarami tłoczyły się pojazdy, szwajcar wywoływał.

— Kareta ordynata Michorowskiego, podjeżdżać!

Waldemar usadowił narzeczoną obok Rity.

— „Bristol”! — rzucił stangretowi.

Konie ruszyły.