Waldemar powstał, pochylił się i przyłożył ucho do ust Stefci.
— On... dzielny... boją się go... Nie... nie chcę go zabijać... — mruczała cichutko, ledwo dosłyszalnie.
Waldemar wyprostował się, dłonią przeciągnął po czole.
— Co to znaczy?... Co ona mówi?
Okropną obawę wyrażały jego rysy.
Nagle Stefcia rzuciła się gwałtownie.
— Trędowata! Trędowata! — krzyknęła głośno.
Waldemar cofnął się jak ugodzony straszną siłą, blady przerażająco. Spojrzał rozpaczliwie na profesora i państwa Rudeckich.
— Co to jest?... Na Boga, co znaczy ten okrzyk? — wycharczał ze zgrozą.
— To słowo powtarza się bardzo często w majaczeniu chorej — odrzekł profesor, patrząc badawczo na zmienioną twarz ordynata.