Waldemar porwał Rudeckiego za ramię.

— Proszę za mną — rzekł głucho.

Weszli do bocznego pokoju. Ordynat ścisnął ramię Rudeckiego z siłą konwulsyjną.

— Stefcia otrzymała anonim — rzekł przez ściśnięte zęby.

— Anonim?... Skąd pan wie?

— Otrzymała na pewno! Widzę to z jej słów. Ja... ja... ostrzegałem pana, że szelmostwa mogą być... nie uchroniliście! Zabili mi ją... Boże!...

Załamał ręce z rozpaczą straszliwą.

Pan Rudecki zdrętwiał, patrzał na ordynata jak nieprzytomny.

— Przysięgam panu, że czuwałem. Nie było nic, chyba — teraz — w ostatnich czasach, odbierała dużo listów.

— Gdzie są te listy? Chcę je mieć — zawołał Waldemar.