— Nie wiem. Zwykle chowa w biureczku swoim. Może tam są.
Pana Rudeckiego domysł ordynata przeraził.
Powrócili do pokoju Stefci. Spała znowu. Zbliżyli się do biurka. Ordynat cicho otwierał wszystkie szufladki i ku wielkiemu zdumieniu pani Rudeckiej i profesora wyjmował z nich jakieś pomięte arkusze w kopertach i bez kopert. Przejrzał wszystkie skrytki, zabrał znalezione listy i wyszedł z nimi bez słowa.
— Co to znaczy? — spytała męża pani Rudecka.
— Podobno anonimy. Waldemar przypuszcza... Uderzyły go jej słowa.
— Bardzo możliwe, bardzo możliwe! — mówił, kiwając głową, profesor. — I ja domyślałem się w tym jakiejś intrygi.
— Chryste Panie, on mnie przecież ostrzegał! — zawołał Rudecki, łamiąc ręce.
— Ależ to nieprawda — jęknęła jego żona.
— A pamiętasz? Znaleźliśmy ją w gorączce, prawie nieprzytomną, tego dnia, kiedy przymierzała ślubną suknię, po liście, jaki jej oddałem. Może to anonim! Pójdę, zobaczę: ja ten list poznam.
— Niepodobieństwo! Ona mówiła, że to był list ze Słodkowic.