— Precz, precz!
Wyglądał strasznie. Oczy ciskały gniewem, cała twarz drgała konwulsyjnie. Stał wyprostowany z morderczym narzędziem w podniesionej wysoko dłoni. Złowrogo błyskało. Z ust wychodził mu zduszony, nieludzki pomruk:
— Ona... nie żyje... ona!
Pan Maciej jak szalony, z jękiem przeszywającym serce rzucił się do nóg Waldemara.
Starzec klęknął i obejmując kolana wnuka, załkał rozpaczliwie:
— Nie czyń tego, zmiłuj się, nie zabijaj mnie!... Jej śmierć to kara dla mnie, jam przeklęty! Ale ty żyj, ty żyj!
Ordynat patrzał, jakby nie pojmując.
Wtem wpadła panna Rita, błyskawicznie zrozumiała grozę chwili, podbiegła, lecz nie zdążyła — ordynat na widok jej gwałtownie zniżył rewolwer.
Huknął strzał.
Drżąca ręka i pośpiech uratowały Waldemara: kula przeleciała o parę cali od czoła i utkwiła w ścianie.