Panna Rita wydarła broń z jego dłoni.

On błędnie spojrzał na nią, wściekle rzucił się, chcąc odebrać, ale Rita cisnęła rewolwer za okno, rękę zaś Waldemara zatrzymała, silnie tuląc do ust. Oczy jej wyrażały błaganie, przejmujący żal.

Starzec klęczał skulony u stóp wnuka. Wystrzał odebrał mu na chwilę pamięć i czucie, teraz głuchy płacz targał jego piersią.

— Waldemarze, przebacz mi!... To ja przeklęty!... To zemsta dla mnie... moja Nemezys! Waldy, mój jedyny, ty całe moje życie! Zmiłuj się, miej litość!...

Widok był tak okropny, że panna Rita zakryła oczy.

Płacz starca boleścią swą przedarł się do duszy Waldemara.

— Dziadziu... wstań — rzekł głucho, trąc nabrzmiałe żyłami czoło.

Panna Rita pomogła dźwignąć się starcowi. On runął na piersi wnuka, trzęsący się, skołatany.

Suche źrenice Waldemara wypowiadały całą rozpacz, ból druzgotał go z gilotynową siłą. Usunął dziadka i ciężko zwisnął na krześle. Schował twarz w dłoniach.

— Boże! Boże! Boże!...