W pokoju kredensowym zebrana służba szeptała cicho, również trwożna i pełna obaw.
Zbliżała się północ, gdy do kredensu wszedł stróż nocny, prowadząc posłańca z poczty. Służba otoczyła go kołem. Jacenty bez słowa porwał telegram i pobiegł do sali jadalnej.
— Depesza! — krzyknął Brochwicz.
Drżącą ręką chwycił papier i rozerwał.
Pani Idalia, Lucia, pan Ksawery, Klecz powstali z miejsc. Księżna siedziała jak przybita do fotelu.
Brochwicz przeczytał jednym tchem:
„Stefcia umarła dziś rano. Pogrzeb we środę. Waldemar niebezpieczny. Przyjeżdżajcie.
Maciej”
— Boże miłosierny! — jęknął Brochwicz i telegram wypadł mu z ręki.
W głuchej ciszy niewypowiedzianej grozy nagle rozległ się spazmatyczny krzyk Luci. Przy drzwiach Jacenty załkał głośno i prędko wybiegł do kredensu; wśród zebranej przestraszonej służby zawył jękliwie: