— Miał pan depeszę? — cicho spytał Brochwicz.
— Tak, od Rity. Otrzymałem przed dziesiątą. Śpieszyłem, aż konie omal nie popadały. W drodze spotkałem Jura z Głębowicz. Już i tam wiedzą. Do nich telegrafował pan Maciej. Mają wieźć kwiaty. Jur przyjechał ze mną.
Księżna powstała, chwiejąc się na nogach. Brochwicz ją podtrzymał.
— Trzeba jechać... natychmiast — rzekła stanowczo. — Na ranny pociąg musimy zdążyć.
Energia brzmiała w jej głosie.
Księżna postąpiła naprzód. Zatrzymał ją w miejscu krzyk Luci:
— Nie chcieliście jej!... Nie chcieliście Stefci i umarła!... Zabiliście ją... Stefa!... moja Stefa!...
Dziewczynka zaniosła się nowym wybuchem płaczu.
Na znak przestraszonej matki Klecz wziął dziewczynkę na ręce i wyniósł z sali.
Księżna podniosła rękę do czoła.