— Kto telegrafował?
— Jaśnie pan starszy do marszałka dworu. Każe przywieźć bardzo dużo kwiatów... tylko białych... Pogrzeb we środę.
— Po cóżeś przyjechał?
— Myśleliśmy, że jaśnie państwo jeszcze nie wiedzą, i pan marszałek nie jest pewny, jakie wieźć kwiaty: cięte czy w wazonach?
— I takie, i takie — rzekł Trestka — do ubrania katafalku potrzebne wszelkie.
Brochwicz wstrząsnął się.
— Do ubrania katafalku — powtórzył z goryczą. — Kwiaty z Głębowicz miały dziś być w Warszawie na ślubie — teraz idą na grób... Straszne!
Jur otarł rękawicą oczy. Starał się przybrać służbową postawę, lecz zaciskał pięści i usta, aby nie płakać. Ten olbrzym przywiązał się już do Stefci jak do swej ukochanej pani.
W godzinę potem Brochwicz z Jurem pojechali do Głębowicz, skąd nazajutrz mieli się udać do Ruczajewa, wioząc kwiaty.
Ze Słodkowic wyjechano zaledwo w niedzielę wieczorem, gdyż stan zdrowia księżnej nie pozwalał wcześniej. Na dworcu kolejowym spotkali księżnę Franciszkową Podhorecką z córkami.