— Co pan mówi?

— Ech, nic. Mówię, że on to potrafi.

Prątnicki kręcił głową.

— No, no! Gdyby ta cnotliwa, skromna Stefcia została kochanką ordynata, ot, śmiałbym się...

— Cieszyłby się pan, co?

— Cieszyłbym się naprawdę. Nawet bym nie żałował, że to mnie nie spotkało.

— Podlec! — mruknął rządca.

To samo słowo padło na wąskiej ścieżynce leśnej wyrzucone przez wściekłe usta Waldemara.

Konno stał tam od kilku minut i wysłuchał rozmowy. Jadąc po piaszczystej drożynie wśród gęstych krzewów leszczyny i młodych sosen, usłyszał głośny śmiech. Przez gąszcze dojrzał kontury linijki i głowę konia, skubiącego trawę. Nagle wpadło mu do uszu imię Stefci, wymówione przez Prątnickiego ze śmiechem i z jakimś cynicznym dodatkiem. Zatrzymał się, a że w naturze panowała cisza, bo z oddalonych łąk gwar dochodził słabo, więc każde słowo praktykanta, przefiltrowane przez liście drzew, w akustyce leśnej padało wyraźnie. Słuchając, ordynat zaciskał zęby, gniótł w ręku pejcz, jakby go chciał połamać na grzbiecie Prątnickiego. Gdy Edmund mówił o swych nieudanych próbach ze Stefcią, Waldemar posunął konia, chcąc przerwać dalszy ciąg, ale usłyszał mowę o sobie i stanął.

Miał wygląd złowrogi ze zmarszczonymi brwiami i zimną stalą w oczach. Nozdrza jego rozdęły się, poruszane gniewem. Oburzyły go ostatnie słowa Edmunda. Trącił konia ostrogami, zdecydowany wymówić miejsce Prątnickiemu i Kleczowi za ich złośliwe uwagi, ale się opamiętał. Jakiś głos wewnętrzny wstrzymał go szeptem: „Oni mają słuszność, do tego dążysz”...