Tyle w niej było powagi, taka siła pewności brzmiała w jej słowach, że Prątnicki zmieszał się. Korzystając z tego, mówiła dalej:
— Po panu mogłam się tego spodziewać, ale to jeden dowód więcej, że mam prawo zabraniać panu mówienia w ten sposób o Luci.
— Nic nie ma pani prawa zabronić mi! — zawołał gwałtownie.
— Owszem, na podstawie własnego doświadczenia — mówiła z pozornym spokojem, choć w niej wrzało.
— Tu nie może być żadnych podstaw i porównań, bo tamto co innego, a to co innego.
— Panie Prątnicki — rzekła poważnie — bądźmy szczerzy. Pan zajmuje się Lucią... ale czy pan obliczył następstwa?
— A cóż to panią może obchodzić?
— Powinno obchodzić. Lucia jest oddana pod moją opiekę, za jej spokój odpowiedzialna jestem. Zresztą nie tylko traktuję to jako obowiązek, dbam o nią z własnego przywiązania.
— Nie zjem jej przecież — bąknął Prątnicki.
— Wyraża się pan dość... trywialnie. Ale mniejsza o to. Nie chcę, aby pan zakłócał spokój Luci i mącił pogodę jej myśli.