Stefcię zastanowiły jego słowa, spojrzała na niego zdziwiona. On to spostrzegł, włożył ręce w kieszenie i dodał jakby od niechcenia:

— Mieliśmy się tu spotkać z Lucią... hm... z panną Lucyną. No i trzebaż tego dziadka... fatalizm!

Panna Rudecka wstała gwałtownie i rzekła surowym głosem:

— Proszę nie mieszać Luci do swych... pomysłów i zaniechać wyrazu „my”. Bardzo proszę.

Prątnicki zatrzymał się na miejscu.

— Cóż to za ton oratorski? — zawołał szyderczo. — Pani chce odgrywać wobec mnie rolę mentora102?

— Powtarzam, że nie pozwolę, aby się pan o Luci tak odzywał, nie pozwolę ze stanowiska jej nauczycielki.

— Proszę!... A cóż to złego mówiłem? Że się tu mamy spotkać?... Przed pół rokiem pani była względniejsza, gdy chodziło o siebie.

Pod Stefcią nogi zadrżały. Omal nie upadła. Ale przemogła się, podniosła dumnie głowę i rzekła dobitnie:

— Pan mi to śmie mówić? Pan?...