X
Była niedziela. Po śniadaniu pani Elzonowska zamknęła się u siebie. Lucię zabrał pan Maciej, który lubił czasami pogwarzyć z wnuczką lub coś jej przeczytać ze starych ksiąg.
Stefcia usiadła do fortepianu. W odosobnionym salonie grała swobodnie. Różnorodność wrażeń przebijała w muzyce wyraźnie.
Wtem drzwi szarpnięto gwałtownie. Wpadł do salonu Prątnicki. Stanął i rozglądając się dokoła, zapytał zdziwiony:
— Gdzież jest panna Lucyna?
A widząc, że Stefcia nic mu nie odpowiada, wprost do niej skierował powtórne pytanie:
— Gdzie jest panna Lucyna?
— U dziadka — odparła chłodno zapytana.
Prątnicki strzepnął palcami w sposób przypominający karczmę i zawołał:
— A to dopiero mamy pecha, no!