— Łudziłam się — odrzekła Stefcia szczerze.
Lucia położyła jej głowę na ramieniu.
— Ja się nie łudzę...
— Ty, Luciu?
— Tak, ja kocham pana Edmunda.
Zapanowało milczenie. Lucia ukryła twarz na piersiach swej przewodniczki i przestała oddychać, jakby chcąc usłyszeć, co ona myśli. W tej główce dziewczęcej chwila ta wydawała się tragiczną. Wszystkie wrażenia, zaczerpnięte z powieści francuskich, otwarcie i ukradkiem czytanych, skrystalizowały się w jej pojęciu, przedstawiając obecną chwilę czymś rozpaczliwym, prawie rujnującym świat.
Z drżeniem serca czekała, co powie Stefcia. Może teraz, kiedy wie wszystko, przyzna się, że Edmunda kocha i że on do niej należy.
— Ja bym umarła — myślało zrozpaczone dziewczątko.
Stefcia starała się uspokoić zbłąkaną, ale żal ją ogarniał, że ten sam człowiek, który przed kilku miesiącami ją zahipnotyzował, znalazł nową ofiarę.
Może także tylko do chwili, kiedy cała jego wartość okaże się jedynie w piękności zewnętrznej.