Prątnicki spojrzał uważnie na Stefcię. Wydała mu się śliczna w gniewie. Przysunął się i usiłował wziąć ją za rękę.

— Zazdrość przez ciebie przemawia — szepnął — ty mnie jeszcze kochasz.

Panna Rudecka odskoczyła gwałtownie. Uczuła lód we krwi. Gniew i pogarda rozsadzały jej piersi. Wyrzuciła z siebie ze wstrętem:

— O głupoto!... Bezczelna głupoto!

— Jak pani śmie!... Jak pani śmie! — krzyknął czerwony z gniewu.

— Niech pan wychodzi natychmiast!... Proszę! — wołała Stefcia, wskazując drzwi.

Za oknami rozległ się suchy trzask motoru. Prątnicki spojrzał w okno.

Przed gankiem stał pąsowy samochód z Głębowicz, błyszczący lakierami. Wysiadał z niego Waldemar, oddając korbę103 palaczowi.

— Niech pan wyjdzie natychmiast! — powtórzyła rozgorączkowana Stefcia, nic nie słysząc.

Ale Edmund już sam ruszył do drzwi, gotowy do prędkiego wyjścia. Na progu stanął, zaśmiał się szyderczo i syknął zjadliwie: