Stefcia poczerwieniała gwałtownie.
— Czy pan jedzie do Słodkowic? — zapytała chłodno.
— Tak. Mam zamiar panią tam odprowadzić.
— Ja sama trafię do domu.
— Bardzo wątpię! Przede wszystkim nie udźwignie pani tego zielska. To waży cały pud12. Muszę pani ulżyć.
Zeskoczył z konia i z wytwornym ukłonem czekał na podanie ręki.
Stefcia zawahała się, lecz podała mu ją wzburzona i prędko cofnęła.
— Ależ nie objąłem palców pani... Nie! Stanowczo jestem zadżumiony! — zawołał, rozkładając ręce komicznym ruchem.
Miała go ochotę bić.
Michorowski patrzał na nią z ironicznym uśmiechem. Ona drżała z gniewu pod spojrzeniem jego szarych oczu.