Zebrawszy kwiaty, kiwnęła mu dumnie głową i rzekła, odchodząc:
— Żegnam pana.
— Hm, pani jest energiczna, ale i ja muszę jechać do Słodkowic. Inna droga nie istnieje.
Stefcia skręciła w las, wskazując na bielejący pas drogi.
— Proszę, niech pan jedzie.
— A pani?
— Ja idę lasem...
— Nie mogę pani zostawić w tej puszczy. Pani jest dziś tak nerwowa, że zabłądziłaby łatwo.
Postępował obok niej, prowadząc konia za uzdę.
Stefcia zacięła wargi. Szła prędko, milcząc.