Powstał i zaczął chodzić po pokoju.
Pan Maciej milczał. Światło lampy, padając ukośnie, oświecało jego białe włosy i szerokie bruzdy na twarzy. Czoło miał sfałdowane, oczy przymknięte, na zwiędłych ustach osiadł bolesny wyraz. Długo siedział pogrążony w głębokiej zadumie, z pochylonymi barkami, jakby gniótł go jakiś ciężar niezmierny.
Na tle dywanu jego starcza postać odrzynała się wypukło; spływały na nią gnębiące wspomnienia z przeszłości, pod ich brzemieniem zginał głowę coraz niżej. Nagle podniósł zmarszczone czoło, spojrzał na wnuka i rzekł z naciskiem:
— Waldemarze, bądź szczery. Tobie głównie o nią chodzi?
Z głębi ciemnego pokoju odezwał się głos przytłumiony, o pięknym, niskim brzmieniu:
— Tak!
— Boże, nie odmawiaj Swego zmiłowania! — szepnęły drżące wargi starca.
Zasłoniwszy oczy rękoma, modlił się cicho, powtarzając z przejęciem:
— Za moje winy nie karz go, Panie! Panie! Odpuść mi... Zaniechaj zemsty!...