— Nie podoba się panu? Ha, to trudno! Na Jowisza135 nie ma pan kwalifikacji. Ale dokądże poszedł ordynat?
— Rozmawia z ogrodnikiem.
— Jestem! — zawołał Michorowski — zaraz będę służył paniom.
Po chwili wszyscy wracali do pałacu.
Tym razem panna Rita szła z Trestką naprzód; Stefcia postępowała obok Waldemara.
Szli wąską uliczką, wysadzoną po obu stronach malwami. Wysokie ukwiecone krzaki tworzyły różnokolorowy mur; delikatny zapach miodowy rozchodził się z płaskich kwiatów, zmieszany z zapachem kwitnących lip i ciepłym powiewem jeziora.
Poprzez masę liści i krzewów fala posyłała gorące oddechy na kwiaty, muskając je leciuchno, jakby kołysząc do snu. Roje komarów i drobnych muszek sypały się na gałęzie i szerokie liście kwiatów. Cisza była wielka i jakaś tęsknota płynąca jakby z poszumu olbrzymich modrzewi i bełkotania uderzających o brzegi fal jeziora.
Waldemar milczał, towarzyszka jego również, on zamyślony, ona rozbawiona. Nareszcie ona odezwała się pierwsza:
— Dlaczego pan bez humoru?
Zatrzymał na niej przenikliwy wzrok.