— Który z panów pragnie zastąpić ordynata w powożeniu, niech podniesie dłoń do góry.
— Proszę się nie fatygować, bo ja się zastąpić nie dam — zawołał z kozła Waldemar.
— My pana zrzucimy.
— Ciekawym, jak?
— Po prostu zejdzie pan na naszą prośbę.
— Nie, ja nie jestem taki grzeczny.
— Wszystko to przez pannę Ritę. Pan Waldemar pysznie jedzie, tylko pani tam niepotrzebna — wołał Trestka.
Oparł się o poręcz kozła, pochylił głowę, jakby chcąc zajrzeć w twarz Ricie. Ale spiorunowała go wzrokiem.
— Siedź pan cicho, kiedy panu dobrze. A nie, to marsz na koniec breku.
— Chyba siądę na kolanach pana Wilhelma...