— Panie, cóż to znowu? Pan nas roztrzęsie! — wołała panna Rita.
— Au nom de Dieu170, wypadniemy! — krzyczała hrabianka, chwytając za ramiona Trestkę i Wilhelma.
Waldemar stanął. Jedną ręką powoził, drugą z batem wparł się pod bok i potrząsając lejcami, wołał na konie:
— Pędźcie, muzy, pędźcie!...
Konie rwały z kopyta, aż grudki żwiru sypały się gradem spod kół.
— Panie Waldemarze, czy pan zwariował? — krzyczała, szarpiąc go za rękaw, panna Szeliżanka.
— Być może.
Stefcia, Lucia i Wilhelm zanosili się od śmiechu, patrząc na wystraszone miny hrabianki, barona i nieszczęśliwego Trestki, któremu w dodatku spadły binokle z nosa. Szukał ich dokoła siebie, klnąc różnymi językami. Nareszcie znalazł i zawołał z niesłychanym zacięciem:
— Psiakrew, są!
— Przecie przemówił po polsku — zaśmiał się Waldemar.