— Nikomu!
Spojrzał na nią przeciągle.
— Mimoza! — szepnął w duchu, a głośno zawołał: — Skandal! Zaczynamy schodzić z relsów169, panno Stefanio. Nastąpi wykolejenie, a Głębowicze już widać. Odłóżmy kłótnię na inny raz. Zgoda?
— O ile pan znowu z relsów nie zejdzie...
— Dobrze! Obiecuję to pani. Chcę, abyśmy w Głębowiczach byli w zgodzie, chcę panią widzieć wesołą, tak jak obecnie. Ja jestem szalenie wesół i szczęśliwy.
— Czy dlatego, że dojeżdżamy do Głębowicz? — spytała figlarnie.
— Tak, i że za chwilę będę jadł śniadanie — odrzekł z pasją.
Stefcia parsknęła śmiechem. Waldemar zaśmiał się również i palnął z bata.
— Ech, jestem na panią taki zły! — zawołał, puszczając konie w cwał.
Brek potoczył się ze zdwojoną szybkością.