— Znakomicie!

— Czyli że po Wilusiu nie jestem starym nudziarzem. Co?

— Cóż znowu!

— Magnatem, wielkim panem, arystokratą — mówił z wesołą przekorą.

— Tymi pan pozostanie zawsze.

— Dobrze, dobrze! Nie chcę być tylko teraz. W tej chwili jestem Michorowskim, wielbię bławatki i jeden z nich bardzo cacy wiozę do swych łanów. To mnie uszczęśliwia. Czemu się pani zasępiła? — spytał nagle, patrząc na nią uważnie.

— Ja?... Bynajmniej — odparła obojętnie.

— Pani jest jak roślina-czułek, stula listki za byle dotknięciem. Wiem, co pani pomyślała: że jestem magnatem, który dla fantazji zrzuca z siebie magnacką purpurę i ubiera się w bławatek. A że panią tak nazwałem, więc to się nie podobało. Czy tak?

— Jeśli nawet jestem bławatkiem, to w każdym razie nie takim, w jaki można się ubrać.

— Zwłaszcza magnatowi-arystokracie. Prawda?