Mówił sobie w duchu:
— Co mi z tego?
I nagle uczuł tęsknotę... Pierwszy raz pomyślał, że w tym przepychu, w tej wspaniałej rezydencji jest sam, zupełnie sam.
Uśmiechnął się.
— No, przynajmniej nie w tej chwili.
Spojrzał nieznacznie na Stefcię.
Siedziała cicha, jakby przytłoczona majestatem olbrzymich świerków, rzucających na nią cienie.
Trochę przybladła. Ogarniał ją chłód, nurtował w niej nieokreślony niepokój.
— Co ja tu robię?... Ja... obok tego magnata... Zabłąkałam się... bławatek w cieplarni — szeptało w jej duszy.
Jak Waldemarowi przed chwilą, tak i jej przyszło na myśl, że w tym przepychu, w tej wspaniałej magnackiej rezydencji jest sama, zupełnie sama.