— Boże! Boże! — jęknęła dziewczyna, uniesiona wizją.
Każdy nerw dygotał w niej, wrodzona wrażliwość znalazła silną podnietę. Pochłonięta halucynacją zmysłów, wpatrzona w portret, nie słyszała kroków w sąsiednim salonie.
Nagle w obsłonach ciemnej kotary stanęła przed nią wytworna postać Waldemara. W ręku niósł pęk żółtych, herbacianych róż.
— Ach! — krzyknęła Stefcia, cofając się w tył.
Widok jego w tej sali, przy tym portrecie, sprawił na niej silne wrażenie.
— Co pani?... Co pani? — zawołał przybyły, porywając jej ręce w swe gorące dłonie. Róże rzucił na sofę i pochylony patrzał na Stefcię badawczo.
— Przestraszyłem panią?... Panno Stefanio, czemu pani taka zmieniona? Co się stało?...
Dziewczyna odzyskała swobodę. Przy nim nie czuła obawy. Wysuwając ręce z jego dłoni, rzekła:
— Będzie się pan ze mnie śmiał, ale istotnie przestraszyło mnie nagłe ukazanie się pana.
— Wzięła mnie pani za jakiegoś pradziadka, wyskakującego ze ściany, czy tak?