Trochę szatański błysk zaświecił w oczach Waldemara, gdy patrzał za odchodzącym dziadkiem.
— Którą łodzią jedziemy? — pytał książę Podhorecki.
— Panie Michorowski, pan decyduje — wołała panna Rita.
— Wybór łodzi zależy wyłącznie od pań.
— Więc jedźmy tą błękitną.
Waldemar skinął na wioślarzy, a ci, poubierani w pasiaste koszule, podprowadzili natychmiast błękitną łódź pod kamienne schodki. Biały maszt łopotał, poruszany wiatrem, fala cicho pluskała, kołysząc łódką; zagięty jej dziób rytmicznym ruchem zdawał się kłaniać towarzystwu.
Jednakże dla wszystkich za mało było miejsca w błękitnej; ordynat skinął, aby podprowadzono pąsową gondolę. Sam usadowił w niej księżnę babkę i pana Macieja, po czym spytał:
— Kto tu siada więcej?
— Ja pierwsza — rzekła hrabina Ćwilecka, podnosząc dumnie głowę. — Paula, vous aussi201.
— Oh! non, maman!202 Ja wolę kolor błękitny! — zaśmiała się figlarnie hrabianka.