Jeszcze trochę wysiłku i spienione konie zwolniły. Gęsta para buchała z nich na kształt dymów, rozdęte chrapy wyrzucały wulkaniczne oddechy, ziejąc strumieniami piany, oczy sypały iskry. Czarne grzbiety miały wygląd aksamitu zlanego wodą. Niespokojne i podniecone szalonym biegiem, gryzły wędzidła, rzucając łbami. Miały pozór poskromionych, lecz wściekłych tytanów.
Gorąca arabska krew kipiała w nich, sieć żyłek jak splątane sznurki wiła się na ich ciałach; uderzały w ziemię kopytami z dziką zajadłością i znać było, że tylko uległy potężnej sile i woli człowieka, lecz byle odrobina swobody, a znowu zerwą się z szałem i hukiem pruć powietrze jak stado centaurów248.
Waldemar przeczuł to i miał się na baczności, trzymał silnie wodze w ręku, a gdy Stefcia prosiła go, aby jej oddał lejce, poruszył przecząco głową.
— Ależ pan zmęczony, proszę odpocząć, ja pojadę wolno — prosiła Stefcia.
— Nie, pani, jeszcze nie czas, muszę je uspokoić, aż będą jak baranki. Teraz nie pani im, ale one pani podyktowałyby warunki.
— Będę silnie trzymała, zobaczy pan.
Pochylił się nad nią z uśmiechem.
— Niech się „dzidzi” nie upiera.
Stefcia oniemiała.
— Waldy, po jakiemu ty nazywasz pannę Stefanię? — zawołała oburzona Lucia.