— Nie, powód jest inny. Hrabia Trestka przed chwilą śpiewał Małgorzatkę i treść tego utworu pobudziła go do rozmyślań.

— Pan śpiewał Małgorzatkę? — spytał z uśmieszkiem Michorowski. — Bardzo trafnie!

Trestka utkwił w nim żbicze oczy.

— A pan co robił tak długo? — zapytał.

— Ja?... Byłem na wystawie. Zachorowała Salamandra. Weterynarz mówi, że z przepracowania — dodał Waldemar, śmiejąc się.

Brochwicz klasnął w dłonie.

— Ależ naturalnie! Trestka obudził w niej chorobę nerwową: dostanie histerii niewątpliwie. Patrząc na nich, jak biegali w wyścigu, żałowałem, że nie jestem w skórze tej klaczy; z irytacji zrobiłbym ruch, który by wyniósł Trestkę ponad bariery, ba! nawet ponad hipodrom, a dla osłodzenia mu tej zniewagi cisnąłbym go w lożę panny Rity.

— No, Jurek! daj mu spokój! — rzekł Waldemar. — Muszę waszą uwagę zwrócić na pewien fakt z dnia dzisiejszego, który mnie oburzył. Ale co to, nie macie wina?...

— Prawda! Nie pomyśleliśmy jeszcze o tym.

— Hej, służba! — zawołał ordynat.