— Pan masz list pochwalny za oborę.
— Zdaje mi się, że zawdzięczam go głównie łaskawemu ekspertowi.
— Nie, panie! Gdybyś nie zasługiwał, nie miałbyś nic, ale że ci się należał list pochwalny, więc go masz. Gdyby mi ofiarowano złoty medal za konie i bydło niesłusznie, wykazałbym to, ale gdyby mi urządzono taką kabałę, jak temu włościaninowi z Lubelskiego, tobym nauczył ekspertów lepszego sądu.
— Ekspertkami pszczelnictwa były panie.
— Byli i panowie! Może w tym tkwi cały błąd: flirt przeszkodził sprawiedliwości.
— Ostry pan! — rzekł, śmiejąc się książę Zaniecki.
— Ale bo tak jest! Każdy zrozumie, kto zechce, że o wiele słuszniej należała się wyższa nagroda owemu włościaninowi niż mnie i wielu innym. Ja mam pieniądze, wykształcenie i znajomość najnowszej kultury, mogę działać intensywnie, on zaś tylko własną pracą, oszczędnością i pomysłowością. To różnica! I winna być usprawiedliwiona bez oglądania się na herby, nazwiska i stanowiska.
Barski dotknął ręką szyi, jakby w przewidywaniu apopleksji, i rzekł zdumionym szeptem:
— I to mówi Michorowski?... Magnat?...
Hrabia miał minę tak zabawną w swym obrażonym patosie, że Waldemar uśmiechnął się pod wąsem i zapalając cygaro, mruknął do siebie: