Brochwicz marudził, lecz Trestka zatrzasnął drzwi z miną bardzo zadowoloną.
— Świętoszki! — sarknął chłopak zły i rzucił się na kanapę.
Michorowski powiódł okiem po wszystkich. Świrko drzemał na krześle, trzymając jeszcze w ręce skorupkę ostrygi. Giersztorf i Żnin mieli miny podniecone, nawet hrabia Morykoni i Barski wpatrzeni byli w drzwi w osłupieniu, jakby im kto nagle złoty obraz zamazał sadzą. Książę Zaniecki przyprowadzał do porządku niezbyt przytomnego syna, zakłopotany, spotniały.
— Popili się czy co? — mruknął do siebie ordynat. Jeszcze raz spojrzał na dziwne miny Barskiego i własnego wujaszka i uczuł niesmak w ustach.
— Świństwo! — rzekł głośno.
Podszedł do kanapy, gdzie rozprawiał Brochwicz z Trestką.
— Jurek! — zawołał ordynat.
Chłopak zerwał się, ale usiadł znowu i z milutkim uśmieszkiem wskazał ordynatowi miejsce przy sobie.
— Na rozkazy... ale pozwól, że nie stanę, bo nie mogę.
— Zwariowałeś, Jurek!