— Tak, to są magnaci pod każdym względem! — zawołała Stefcia z zapałem.
Pan Rudecki odsunął się trochę i z uśmiechem spoglądał na córkę.
— Patrzcie! Jaka zawojowana! Czarodzieje jacyś ci państwo. Ale niech im Bóg szczęści, że się na tobie poznali. Wyglądasz ślicznie, jeszcze wyładniałaś. Zachwycałem się tobą na wyścigu hipicznym.
— Jak to, ojczuś już wtedy był?!...
— Byłem! Przyjechałem wczoraj rano, ale mając pilne interesy, w żaden sposób nie mogłem się z tobą wcześniej zobaczyć, a do tej loży, gdzie siedziałaś, nie chciałem iść. Witałem cię z daleka, ale nie dostrzegłaś mnie w tłumie.
— A gdzie ojczuś siedział?
— Ja przechodziłem tylko przez plac wystawowy, siadać nie miałem czasu. Zatrzymałem się, dopiero ujrzawszy ciebie. Byłaś bardzo zajęta wyścigiem.
Stefcia zaróżowiła się mocno.
— Trafiłem właśnie na punkt kulminacyjny: biegały konie z majątków ordynata. Ładne ma widać stajnie! A na tym pięknym arabie podobno jeździł sam ordynat.
— A tak, pan Waldemar na Apollu.