— Jesteś zazdrosny o Tolleda?
— Nie. Zresztą obecnie powracasz do mnie, wybaczam więc mu jego winy.
— Jesteś zbyt pewny siebie! Skąd wiesz, że powracam?
— Mam cię przecież, dajesz mi nadzieję dość niedwuznacznie.
— Musiałabym wpierw poznać dokładnie listę mych współzawodniczek. Ile ich było po mnie?...
— Prawdopodobnie tyle, co przed tobą, ale z pewnością mniej niż moich następców w tej kronice buduarowej — rzekł cynicznie.
Margrabina przeciągnęła się rozkosznie. Prężąc ramiona, mówiła rozwlekłym głosem:
— Jesteś zawsze wspaniały, tylko palisz jakieś zatrute cygaro i ono cię czyni odmiennym niż w Rzymie. Ale ja to rozumiem: ten kraj ochładza. Tu nie ma prawdziwie pięknych kobiet. Chociaż i tu miałeś szanse kolosalne. Znam te północne rywalki. Musiały cię znudzić?
— Zapewne — odrzekł obojętnie.
Wera przegięła się bliżej ordynata, poruszając miękko ciałem jak zaspana tygrysica; ręką uderzała niecierpliwie po adamaszkowej poduszce otomany.