— Jedź na zimę do Rzymu, sułtanie mój! Mówiłam, że cię kocham. Pojedziesz?...
Ordynat wydął usta z lekceważeniem. W źrenicach igrały mu szatanki śmiechu.
— Po co?... Gdybym chciał pobić Tolleda i odnowić wspomnienia z paliowego buduaru, to...
Pochylił się i z łobuzerskim uśmieszkiem popatrzył w oczy margrabiny. Ona przymknęła powieki, oddychając szybko. Stopy jej drżały.
— Jestem twoja — szepnęła.
— A widzisz! Północ cię nie zmroziła.
Michorowskiemu zmysły wypełzły na usta. Oczy mrużyły się satyrycznie, ale nozdrza zaczęły wachlować prędkim tempem. Nie poruszył się. Patrzył na leżącą okrągłą figurę Wery, na wypukłą jej pierś i różowe ciało; burzyła mu się trochę krew. Posiadał tę kobietę, dziś ona jest znowu taka sama, oddana mu, zalotna. Tylko chłód jakiś owiewał go teraz mimo wewnętrznej gorączki.
Margrabina położyła rękę na jego kolanach i zaczęła szeptać:
— Lwie mój! Pamiętasz?... tak cię nazywałam. Mon lion308.
Oparła się drugą ręką na nim, wisząc półciałem w powietrzu.