— Rzuć tę wstrętną lodowatość! To mnie podnieca. Ale już dosyć! — syknęła przez namiętnie zaciśnięte wargi.

Po czym rzuciła się w tył jak wąż, wołając z wybuchem:

— Nie patrz tak na mnie! Tyle masz drażniącej ironii!... Przybyło ci stali w oczach, wyglądasz jak lew nad ofiarą. Pyszny jesteś, ale straszny!...

Ordynat zaśmiał się. Wzgarda tryskała z jego głosu.

— Uwalniam cię, Wero, od swych szponów, ha! ha! ha!

Głos jego brzmiał dziko.

Margrabina wyciągnęła głowę z ciekawością i błyskiem w oczach. Rzekła ciszej, niespokojnie:

— Ciebie ktoś trzyma... Powiedz, kto jest... nową sułtanką?... Ona istnieje, czuję to.

Ordynat zgniótł cygaro. Miał już dosyć. Wstał i podszedł do niej, oczy jego piekły żarem. Były istotnie straszne. Usta, wykrzywione ironią, przerażały.

— Wero! — zawołał porywczo.