Gdy patrzała na Stefcię, z twarzy jej znikało rozczulenie dla ordynata, a wypełzał gniew, prawie nienawiść, pokryta maską uprzejmego uśmiechu. Oczy gorzały dziko.
Książę Zaniecki, który pochłaniał ją wzrokiem, szepnął w zachwycie:
— Demoniczna dziewczyna! Ale śliczna!
Popełnił nieostrożność: siedząca obok hrabianka Paula dosłyszała i rzekła z przekąsem:
— Ordynat nie lubi demonów w kobiecie.
Gniewało ją, że książę, siedząc przy niej, zwracał oczy w inną stronę.
Zaniecki, zamiast skruchy, uradował się niezmiernie. On chciałby otoczyć ordynata całym legionem aniołów, byle mu tylko tego demona zostawił. Księciu chodziło najwięcej o oprawę; był z liczby ludzi, którzy w pewnych wypadkach więcej cenią ramy niż obraz.
Stefcia dostrzegała nieprzychylne błyski w oczach hrabianki, lecz nie psuły one jej wesołości. Bawiła się wybornie, nie czując skrępowania.
Dobrze przeczuwał pan Rudecki: wsiąkła już w sferę tych ludzi. Miała przy tym powodzenie. Jej karnecik318 szczelnie zapisano nazwiskami. Michorowski powtarzał się w nim kilka razy. Dziewczyna z rozkoszą wchłaniała wonny dymek uwielbień, unoszący się dokoła niej. Każde spotkanie jej oczu z Waldemarem wstrząsało nią, każdy taniec z nim odurzał. Bała się jego zbliżenia, zaczynała drżeć, gdy na nią patrzał, a jednocześnie ten błogi niepokój sprawiał jej niewysłowioną rozkosz.
Kolacja trwała niedługo, po czym tańce znowu zaczęły się ze zdwojoną siłą.