— Weź stajennego.

— Ależ, dziadziu! Czyż jestem dzieciak, żebym się miał bać nocy?

Uścisnął dziadka, wyprostował swą męską postać i zaśmiał się głośno.

— Idę pożegnać ciocię. Ale czy mnie nie zrzuci ze schodów?

— Dajże spokój. Idalka śpi. Pożegnam ją od ciebie.

— Tym lepiej. Do widzenia!

Waldemar wyszedł z gabinetu.

Pan Maciej widział przez okno, jak wskoczył na konia i ruszył kłusem. Za nim w podskokach biegł duży, pyszny dog Pandur, ulubieniec ordynata.

W bramie Waldemar spotkał Stefcię i Lucię, wracające ze spaceru. Lucia zaczęła coś mówić, a Stefcia na jego ukłon odpowiedziała skinieniem głowy i szła wolno w głąb dziedzińca, nie uważając na niego. Lucia wkrótce podążyła za nią.

Waldemar stał w bramie, patrząc uporczywie na Stefcię, dopóki nie znikła mu z oczu. Wówczas uderzył konia szpicrózgą, świsnął na psa i pomknął jak wicher.