— Czy wszystko gotowe? — spytał pan Rudecki.
— Proszę pana, dorożka gotowa, ale pan ordynat Michorowski przysłał swoją czwórkę i lando. Jest i lokaj, a oto list.
Pan Rudecki rozerwał kopertę.
Na bilecie Waldemara, skreślonym silnym, oryginalnym pismem, było kilka uprzejmych słów zawierających prośbę, aby jego powozem odjechali do kolei, gdzie i sam obiecywał być. Pan Rudecki zmarszczył się. Wszedł lokaj ordynata i ukłonił się z uszanowaniem.
— Czy pan ordynat sam pojechał na dworzec? — spytał go pan Rudecki.
— Nie, z hrabią Trestką i z panienką z Obronnego.
Pan Rudecki odetchnął.
— Bardzo grzeczny i bardzo taktowny człowiek — pomyślał zadowolony.
Wyszli.
Na ulicy stało wytworne, błyszczące lando z małym herbem i mitrą książęcą na drzwiczkach, zaprzężone w cztery kare klacze w strojnej uprzęży. Krakowskie chomąta świeciły srebrnymi okuciami.