Konie rwały się niecierpliwie, gryząc wędzidła, ale poważny stangret Flawian, starszy kolega Brunona, który jeszcze woził pana Macieja jako ordynata, umiał utrzymać je na wodzy.
Kiedy lando ruszyło, Stefcia przytulona do ojca zapytała cicho:
— Czy ordynat był wczoraj u ojczusia?
— Tak, był po obiedzie. Zabawił parę godzin. Bardzo się z nim ciekawie rozmawia.
Po długiej chwili szepnął znowu, jakby do siebie:
— Bardzo, bardzo elegancki człowiek.
Stefcia milczała. Coś ją ściskało w krtani... żal za odjeżdżającym ojcem i zarazem gorycz do samej siebie. Miarowy tupot koni, cicho sunące lando i dobrze znajoma liberia nasuwały jej uparcie na myśl Waldemara. Jechała jego landem, jego końmi — to samo już ją upajało. Pan Rudecki także milczał. Z ukosa patrzał na ładny profil córki, śledził jej widoczne wzruszenie, a w duszy jego gromadziły się złe obawy skłębioną masą.
Oboje mieli sobie dużo do powiedzenia i oboje milczeli. Zamykały im usta wrażenia, wiążące się w całość podobną, bo z jednego wypływały źródła. Przerazili się, ujrzawszy dworzec kolejowy. Lśnił tysiącami świateł, migotał, huczał. Przeciągły świst lokomotywy przeszył serce Stefci dziwnym zgrzytem. Z niedającym się ukryć przestrachem przytuliła się do ojca.
— Ojczusiu, ty jedziesz, a ja zostaję znowu sama — szepnęła z taką przejmującą obawą, że pan Rudecki zadrżał.
— Stefciu! Dziecko! A przecież nie chciałaś wracać... Dobrze ci tu, oni cię lubią, uznają. Stefciu, czego się boisz?...