Wiatr wionął, żółte liście drzew poruszyły się zgodną harmonią, zaszumiały głośniej wyniosłe czuby sosen, kilka głosów ptasich uderzyło w niebo.
— Stefcia... Stefcia... — szeptały dokoła drzewa i kwiliły ptaki.
Z daleka zerwał się hałas kołatek i przeciągłe pohukiwanie idącej zgrai.
Szła naganka.
Jeszcze chwila natężonej uwagi... Zadudniał głuchy, potężny tętent, ozwał się trzask łamanych gałęzi i Waldemar ujrzał pędzącego z boku olbrzymiego łosia. Zwierzę rwało przez zarośla ociężałym kłusem, z podniesioną głową i położonymi na grzbiet rogami jak sękate gałęzie.
Waldemar wymierzył, lecz nie strzelał; oddał pierwszeństwo księciu Zanieckiemu. Ten raptownie podniósł strzelbę do oczu, ale łoś dojrzał ruch i skręciwszy na miejscu, rzucił się w stronę Waldemara. Zaniecki strzelił z obu luf — spudłował! Łoś zadarł głowę i farbując333, posunął się bliżej ordynata.
Wówczas Waldemar wypalił, mierząc w komorę, raz i drugi. Olbrzym ryknął przeciągle i ciężko ranny poszedł dalej.
Brochwicz dokończył mordu. A Zaniecki szepnął do siebie:
— Ordynat rozmarzony, zaczyna pudłować.
Strzały nie milkły, cała linia grzmiała hukiem.